Strony

Akt zgonu Marianny Bluszcz z domu Lamża



Moja prapraprababka Marianna Bluszcz  urodziła się 26 sierpnia 1839 roku w Gaszowicach, jako córka Franciszka Lamża i Agaty Jendrysek/Jendrysik. W 1858 roku została żoną Jana Bluszcza. Mieli co najmniej pięcioro dzieci: Emanuela, Marię, Jana, Helenę i Karola. Z pewnością rozwinę ich bujną historię na blogu. Póki co, korzystając z chwili wytchnienia po wizycie w raciborskim archiwum, pozostawiam do wglądu akt zgonu Marianny.

Nr 65
Jejkowice, dnia 27 listopada 1911


Przed niżej podpisanym urzędnikiem stanu cywilnego 
stawił się dziś znany co do osoby zagrodnik Edward Mazurek
zamieszkały w Solarni-Szczerbicach, powiat Rybnik
 i zgłosił, że jego teściowa, dożywotniczka Marianna Bluszcz z domu Lamża
lat 71, wyznania katolickiego, zamieszkała w Solarni-Szczerbicach,
urodzona w Gaszowicach, powiat Rybnik, zamężna z chałupnikiem Janem Bluszcz, córka zmarłego zagrodnika Franciszka Lamża i jego zmarłej żony Agaty o nieznanym nazwisku, ostatnio zamieszkałych w Gaszowicach,
zmarła w Solarni-Szczerbicach dnia 26 listopada 1911 roku
o godzinie 8 przed południem.


"Harcerskie serce" Sylwestra Graniecznego


Dzięki uprzejmości i olbrzymiej pracy harcerskiego pisma historycznego Skaut dzielę się dziś odnalezioną nowelą "Harcerskie serce" autorstwa OMI Sylwestra Graniecznego, która 16 lutego 1937 roku otrzymała I nagrodę w konkursie nowelistycznym lwowskiego Skauta. W tym czasie, liczący 24 lata, Sylwester był był jeszcze przed święceniami kapłańskimi i przebywał w Obrze Wielkopolskiej.
oraz na stronę główną http://www.skaut.okay.pl/

***

Przeminął już upał dnia. Rozżarzone słońce zsuwało się za czarny bór. Poprzez wierzchołki drzew przedarły się jeszcze złote promienie i igrały po spokojnej toni jeziora. Mrok spowił zwolna pola, lasy i łąki. Nad brzegiem jeziora stał harcerz zapatrzony w uroczy zachód. 
Na jego młodej twarzy malowało się zamyślenie i troska. Cisza panowała dookoła. Tylko
z lewego brzegu jeziora, gdzie na tle białych brzóz rysowały się kontury obozu harcerskiego, słychać było żywe wybuchy śmiechu. 
– Wesoło im – rzekł harcerz budząc się z zamyślenia.
Był to druh Stanisław Mazur, komendant obozu. Na jego głowie spoczywały troski
o roześmianą gromadę harcerzy. Kochał on swą czeredę więc i trud był mu słodki. 
I teraz wyszedł z obozu, by z dala od gwaru, w ciszy przygotować plan i gawędę na wieczorne ognisko. Ale myśl jego ulatywała hen za to jezioro, za ten las, gdzie leżała jego rodzinna wioska, a w niej grób ukochanej matki. O, jak chętnie by ukląkł nad tą mogiłą,
jak za dawnych chłopięcych lat. Powiedziałby jej, że już nie jest sierotą…, że ma dużo braci…, że jest szczęśliwy… Od czasu, gdy nad tym jeziorem rozbił namioty, komendant często popadał w zamyślenie. Wszak tu każdy pagórek, każdy rów, każde drzewo przypomina mu chwilę, gdy pierwszy raz spędzał tu obóz. Tu nad tym jeziorem znalazł prawdziwe współczucie, tu przestał być sierotą, tu skończyła się jego gorzka dola tułacza.
I teraz długo marzył. Zbudził go dopiero głos trąbki. Gdzie gawęda, pomyślał.
– Acha, mam… to będzie wyśmienite… – rzekł do siebie i ruszył do obozu.
Drużyna siedziała przy ognisku. Jasne płomienie strzelały ku niebu oświetlając rozśpiewane twarze druhów. Z młodych ich piersi płynęła pieśń radosna, potężna:
Płonie ognisko i szumią knieje,
Drużynowy siadł wśród nas,
Opowiada starodawne dzieje,
Bohaterski wskrzesza czas…
Umilkli. Wszystkich oczy zwróciły się w stronę komendanta.
On powstał, jednym rzutem oka objął całą drużynę i tak się odezwał:
– Dziś nie będzie gawędził drużynowy, ale kilku z was na wyrywanego powie coś na temat:
co mnie skłoniło, że zostałem harcerzem. Nastała cisza. Nikt nie chciał mówić pierwszy.
– No, Janek, rozpocznij ty – rzekł komendant.
Janek, choć był największym gadułą w drużynie, namyślał się długo, wreszcie zaczął:
– Jak zostałem harcerzem? – Hm… co tu długo gadać. Dziwiłbym się bardzo, gdybym
nie był harcerzem, gdyż harcerstwo a moja natura, to jakby jedno. Ja lubię bohaterstwo,
życie z przyrodą, koleżeństwo, szukam przygód, a to znajduję w harcerstwie. Dalej harcerstwo daje mi pewien hart ducha, wskazuje cel i piękno życia dla Boga, Ojczyzny
i bliźnich. To wszystko skłoniło mnie, że wstąpiłem do drużyny.
– Dobrze – rzekł komendant – teraz ty, Julku.
– Teraz prosimy druha komendanta – ośmielił się Bolek.
– Druh komendant – wołali za nim harcerze.
Komendant tego się nie spodziewał.
Długo się wzbraniał, ale widząc w oczach wszystkich szczerą prośbę, nie mógł odmówić.
– Zgoda – rzekł, lecz dalsze słowa utknęły mu w gardle, a głos jego stał się dziwnie miękki.
Wzruszenie malowało się na jego twarzy. Przemógł się jednak. Rozpoczął.
– Będzie temu lat piętnaście, kiedy po raz pierwszy ujrzałem harcerza i kiedy nim zostać
zapragnąłem. Jako sierota, opuszczony przez wszystkich zmuszony byłem porzucić
wioskę rodzinną, by w odległym mieście szukać pracy. Wybrałem się pieszo z torbą
żebraczą. Po drodze chleb znajdowałem wszędzie, ale serce bardzo, bardzo rzadko.
Nieraz musiałem nocować pod gołym niebem. Nie bałem się.
Drżałem tylko, gdy przechodzić musiałem obok chłopców pasących bydło, gdyż ci nigdy mnie nie przepuszczali bez drwin i dokuczliwych wybryków.
Tak też było i wtedy, gdy spotkałem pierwszego harcerza. Zbliżałem się do niedaleko
stąd leżącej wioski, gdzie pragnąłem przenocować. Przypadkiem musiałem przechodzić
obok bawiących się chłopców. Obejść ich nie mogłem, więc starałem się przejść jak najskromniej. Niestety, nie udało się. Otoczono mnie, pytano o nazwisko, szarpano moje
wysłużone ubranie śmiejąc się i drwiąc ze mnie. Cóż ja mogłem przeciw takiej liczbie.
Oparłem się o drzewo przydrożne, a z ócz popłynęły łzy. Nagle chłopcy ode mnie odskoczyli,
a równocześnie na mojej głowie spoczęła czyjaś dłoń. Poprzez łzy ujrzałem harcerza.
– Jak się nazywasz, mały? – spytał mnie serdecznie.
– Mazur Stanisław, – odrzekłem nieśmiało.
– A skąd?
– Z Górki.
– Z Górki? A jak się tu dostałeś?
– Pieszo. Jestem sierotą i idę do miasta szukać pracy.
– A tym, co zrobiłeś, że cię opadli?
– Nic.
– Dobrze. Zostań tu chwilkę, ja pójdę do nich.
Poszedł. Chłopcy z początku nieufnie, potem coraz śmielej do niego się zbliżali. Nie
wiem, co im powiedział. Widocznie przemówił im do serca, gdyż wszyscy, jakby różdżką czarodziejska zmienieni przyszli mnie przepraszać podając mi swe dłonie. Czułem
się nieswojo podczas tych ceremonii. Po raz pierwszy mnie przepraszano, po raz pierwszy
podano mi dłoń. Z podziwem patrzyłem na swego oswobodziciela. Podobał mi się jego mundur harcerski, jego postawa rycerska, a nade wszystko jego dobroć i harcerskie serce.
Noc się zbliżała. Pilno mi było w drogę. Podziękowałem harcerzom za obronę i chciałem ruszyć ku wsi, by poszukać sobie noclegu. Lecz ten mnie zatrzymał i zabrał z sobą do obozu.
Obóz ten leżał na tym samym miejscu, gdzie nasz obecnie. W nim dopiero w całej pełni poznałem ducha harcerzy. Było mi wśród nich dobrze jak dawniej w chacie rodzinnej, gdy ojciec i matka żyli. Zapomniałem o moim sieroctwie i tułaczce. Usiadłem z nimi przy ognisku, wpatrywałem się z zachwytem w żywiołowe płomienie, słuchałem ich pieśni i gawęd, czułem ich miłość, koleżeństwo i prawość. Gdy po wspólnej modlitwie przy dogasającym ognisku znalazłem się na posłaniu w namiocie, długo nie mogłem zasnąć.
Marzyłem o mundurku harcerskim, o ognisku, o ostatnich przeżyciach…
Straszną mi była myśl, że jutro będę musiał miejsce to opuścić. Starałem się o tym nie myśleć. W końcu postanowiłem poprosić komendanta, by pozwolił mi dłużej pozostać w obozie. Nazajutrz rano starałem się spotkać komendanta i przedłożyć mu swoją prośbę.
Stanąłem przed nim nieśmiały, lecz jego uśmiech dodał mi odwagi. Przychylił się do mojej prośby, nawet więcej, przyjął mnie za ucznia krawieckiego do swego warsztatu.
Zostałem więc harcerzem, gdyż spotkałem serce i czyn harcerski, a serca jako sierota
szukałem. Odtąd przestałem być sierotą, bo harcerze stali mi się braćmi, a drużyna
domem rodzinnym. Komendant skończył. Druhowie otoczyli go w koło pragnąc mu okazać swą wdzięczność i przywiązanie, lecz on chcąc uniknąć owacji rozpoczął swą ulubioną piosenkę. I znowu płynęła pieśń wesoła, z głębi serc gotowych do poświęceń dla Ojczyzny, dla bliźnich i ubogich.

* * *
Noc zapadła głucha i ciemna. Obóz pogrążony był w głębokim śnie. Z dala przesuwały
się dwa cienie. Była to warta. Szli obaj długo w milczeniu. Nagle jeden odezwał się
cicho.
– Teraz rozumiem – rzekł.
– Co rozumiesz?
– Rozumiem, dlaczego nasz komendant ma takie dobre serce dla biednych. Nieraz
widziałem, jak spotkawszy obdartego chłopca, brał go do swego warsztatu i prędzej nie
wypuszczał, aż całe ubranie było naprawione.
– Widziałeś?
– O, jeszcze więcej widziałem. Kilka razy zawołał mnie do siebie i mówił: Bolku, weźmij
tę paczkę i zanieś ją pod wskazanym adresem.
– A co w tych paczkach było?
– Nie wiem, ale tak się domyślam, że pewno nasz komendant uszył jakie ubranko i posłał
tym biednym ludziom.
– A ja nie mogę pojąć, jak on umie podejść do chłopców. Tyle nagadałem Stachowi i Jurkowi
o harcerzach, a oni tylko się ze mnie śmiali. Przyszedł komendant, rzekł słówko, a wkrótce potem Jurek i Stach w drużynie.
– Nie rozumiesz? Przecież nasz komendant często powtarza: Młodzieży nie zdobywa się tylko słowami, ale czynem i sercem harcerskim.
Tak oni z sobą gwarzyli…

S. Granieczny
                                     


Vor langer Zeit in Niederschlesische Pfarre Gross Bargen

Pocztówka z Gross Bargen źródło: wito-administrator
http://dolny-slask.org.pl/962581,foto.html?idEntity=523702

Wojenne dzieje Dolnego Śląska sprawiły, że wiele ksiąg metrykalnych, szczególnie tych ewangelickich, zmieniło swoje miejsce, zaginęło lub bezpowrotnie zniszczono. Te z ksiąg, które przetrwały zostałyo rozrzucone po całym świecie, setkach przeróżnych instytucji. Farciarze z tych, którzy swoich przodków z tych terenów odnaleźli w zbiorach AP Wrocław lub archiwum berlińskim.
Dlaczego o tym piszę właśnie dziś? Pół roku temu znalazłam z katalogach familysearch.com wybranych kilka ksiąg małej parafii ewangelickiej w powiecie wołowskim (dawniej kreis Wohlau) zwanej dziś Barkowo (dawniej Gross Bargen), czekałam i właśnie dziś po raz pierwszy zetknęłam się z nimi bezpośrednio. Randka ta (pierwsza, ale nie ostatnia) trwała ponad trzy godziny i były to trzy godziny zupełnego rozczulenia, wzruszenia oraz zarazem niesamowitej euforii. Pod palcami przewijali się ludzie sprzed prawie 200 lat o których nikt nie pamięta i pamiętać już nie chce. Byli dobrymi, kochającymi, wierzącymi i pracowitymi ludźmi - ewangelickimi Niemcami, którym wojna i powojenne losy Dolnego Śląska odebrały godność i pamięć, choć wtedy gdy żyli z żadną wojną nie mieli i nie chcieli mieć nic wspólnego. Wśród setek stron ksiąg odnalazłam mojego praprapradziadka Carla Ernsta Otto, jego rodziców  Johanna Carla (freibauer) i Annę Rosinę Strehlke z Klein Baulwie, rodzeństwo (Ernst Herrmann, Louise Dorothe, Johanna Ernestine Pauline), innych krewnych (rodzina Pohl i Kuhn) oraz sąsiadów. Rodzin Otto, choć o dość popularnym nazwisku, było niewielke obrębie parafii. W latach 1850-1870 występują dwie rodziny Otto oraz dwie rodziny, gdzie kobiety noszą to nazwisko jako panieńskie. Dodatkowo występują nieliczne akty zgonu osób o tym nazwisku.

Akt chrztu Carla Ernsta w maju 1853 roku.
Evangelische Pfarre Gross Bargen (Ewangelicka parafia Barkowo):
- Gross Bargen (Barkowo)
- Glumbowitz (Głębowice)
- Leubel (Lubiel)
- Wanglewe (Węglewo)
- Kendzie (Kędzie)
- Klein Bargen (Barkówko)
- Wiersebenne (Wierzbina)
- Alexanderwitz (Aleksandrowice)
- Rogosawe
- Klein Strenz (Trzcinica Mała)
- Exau (Turzany)
- Klein Baulwie (Białawy Małe)
- Gross Baulwie (Białawy Wielkie
- Dittersbach (Brzózka)

moje wieloźródłowe opracowanie mieszkańców Klein Baulwie sprzed II wojny światowej:
http://wsteczni.blogspot.com/p/nazwiska-mieszkancow-klein-baulwie-do.html

więcej pięknych zdjęć i pocztówek z okolicy:
http://dolny-slask.org.pl/506361,Barkowo.html




Akt zgonu Marianny Graniecznej z d. Lukoschek

Nr 105
Markowice, dnia 26 października 1911

Przed niżej podpisanym urzędnikiem stanu cywilnego 
stawiła się dziś znana co do osoby robotnica fabryczna  Rozalia Granieczny
zamieszkała w Bogunicach
 i zgłosiła, że Marianna Granieczny
lat 74, wyznania katolickiego, zamieszkała w Bogunicach,
urodzony w Bogunicach, zamężna z dożywotnikiem Adamem Granieczny, córka chałupnika Jakuba Lukoschek i jego żony (imię nieznane) zamieszkałych i zmarłych w Bogunicach
zmarła w Bogunicach dnia 25 października 1911 roku
o godzinie 9 po południu.

Na ciekawostkę zwróciła mi uwagę przemiła pani Kierownik USC Nędza. Zarówno Adam, jak i Marianna Granieczny posiadają akty zgonu o numerze 105 i oboje zmarli dnia 25 w odstępie 10 lat po sobie. 

Akt zgonu Adama Graniecznego

Niniejszy wpis dedykuję potomkom Adama Graniecznego ponieważ wiem, że te metryki będą dla wielu z nich przełomowe w poszukiwaniach genealogicznych. Równocześnie będę wdzięczna za każdą wymianę informacji przy budowaniu drzewa Graniecznych :)

Nr 105
Markowice, dnia 26 listopada 1921

Przed niżej podpisanym urzędnikiem stanu cywilnego 
stawiła się dziś znana co do osoby robotnica rolna Maria Stuka
zamieszkała w Bogunicach
 i zgłosił, że dożywotnik Adam Granieczny,
lat 82, wyznania katolickiego, zamieszkały w Bogunicach,
urodzony w Budzinie (obszar majątku Markowice), wdowiec,
zmarł w Bogunicach dnia 25 listopada 1921 roku
o godzinie 12

Uwagi: Adam Granieczny w chwili śmierci miał 84 lata. Był synem Jana i Joanny Czombera.

DZIAŁALNOŚĆ TOWARZYSTWA GIMNASTYCZNEGO "SOKÓŁ" NA GÓRNYM ŚLĄSKU W LATACH 1895-1939

DZIAŁALNOŚĆ TOWARZYSTWA GIMNASTYCZNEGO "SOKÓŁ" NA GÓRNYM ŚLĄSKU W LATACH 1895-1939
Z. Kapała
Bytom 1985, s. 19

TG "Sokół" na obszarze Górnego Śląska to poza sportem przede wszystkim działalność patriotyczna, której historia splotła się z powstaniami śląskimi i wojnami przy ścisłej współpracy z innymi znanymi organizacjami patriotycznymi, wojskowymi i harcerstwem. W tej niewielkiej publikacji nie pomięto wspomnień o lokalnych bohaterach: knurowskim Walentym Rakoniewskim, Piotra Kolonko z rybnickiego POW czy Teofilu Biela. Istotne jest to, że znalazłam tam szczegółowy, regionalny obraz organizacji poruszający ciekawe aspekty, które ciężko odnaleźć w Wikipedii.

100 LAT SPORTU W RYBNIKU

100 LAT SPORTU W RYBNIKU
Wydawnictwo jubileuszowe
Muzeum w Rybniku 1999 s.32

Bogata historia rybnickiego sportu sięgająca drugiej połowy XIX wieku do czasów obecnych opatrzona licznymi, wspaniałymi zdjęciami z jubileuszowej wystawy w rybnickim muzeum i obejmująca takie dziedziny jak: kolarstwo, boks, piłkę nożną, gimnastyka, pływanie, lekkoatletyka, sporty lotnicze, jeździectwo, żeglarstwo, narciarstwo, tenis stołowy i oczywiście sport motorowy. Nie znalazłam tam wielu szczegółów dotyczących narodzin TG 'Sokół' czy KS Gwiazda, na których najbardziej mi zależało, jednak urzekły mnie najstarsze przedstawione fotografie przedstawiające Towarzystwo Gimnastyczne 'Sokół' czy wyścig kolarski na tle piekarni Scharl i Vieweg z 1912 roku.

Karol Pander - czyli bujnie i zawile o prapradziadku patriocie


ŚLUB TO NIE KONIEC, ŚLUB TO POCZĄTEK
31 marca 1897 roku Karol Pander bierze ślub z Agnieszką Poloczek z Rossbergu, tak zaczyna się historia, którą odtwarzałam ostatnimi czasy. Niedługo po narodzinach syna Piotra jego przedsiębiorcze zapędy i patriotyczny duch wzięły górę.

źródło: familysearch.com
BYTOMSKIE KAMIENICE
Karol rozpoczął inwestycje w nieruchomości, jako przedsiębiorca budowlany. W 'Katoliku' z 1902 roku widnieje pierwsza oferta sprzedaży nowo wybudowanego domu  w Szarleju, z 11 pomieszczeniami, za 16500 marek. W latach 1904-1905 zleca budowę kamienic przy Friedrichstrasse (dzis. Mickiewicza) numer 24, 26 i 18 projektu Sotzika i Klitki. Kamienice w późniejszych latach zostały szybko sprzedane, m.in. jego szwagrowi Stanisławowi Poloczek. Dlaczego? Otóż...

źródło: Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa
PROCES GLIWICKI
Karol, zagorzały patriota i katolik podejmował się też działalności politycznej i społecznej. Jako członek tajnej organizacji Eleusis w lipcu 1905 roku zostaje oskarżony w hucznym górnośląskim procesie jej członków za zdradę stanu.
Wycisk, F. Żalezny, J. Przybylla, A. Wróbel, T. Fojczyk, F. Klose, J. Goły, A. Woś, W. Nandzik, S. Palenta, P. Szyndzielorz, J. Stawiarski, J. Piechulik, W. Oleś, E. Rybarz, W. Koziara, M. Winkler, F. Jazłowiecki, J. Zok oraz kobiety: M. Urbańczyk, J. Przybylla, M. Kaczmarczyk stanęli przed oskarżeniem przynależności do Eleusis, w tym: wspólnych spotkań patriotycznych, prowadzenia polskiej biblioteki, przysięgi poczwórnej abstynencji (alkohol, hazard, papierosy i rozpusta).

Z relacji zeznań czytamy: "Pander: Abstynentem nie jest, niczego nie podpisywał; był u Wyciska i dał mu swoją fajkę, bo była stara, lecz na niej nic nie napisał; nowej fajki nie byłby dał i pali też dalej."


Wariacje na temat Biaław Małych czyli Klein Baulwie

źródło: Archiwum własne
Lekko humorystycznie podejście przydaje się w kontakcie z fantazją w pisowni miejscowości na przestrzeni dziejów. Ile osób tyle kombinacji, szczególnie w zetknięciu się z tak egzotyczną nazwą jak Klein Baulwie, czyli Białawy Małe o których mało kto wie, że istnieją. I tak w 1911 roku Postęp informuje o sprzedaży ziemi w Małych Baulwiach, w kolejnych latach witamy wersję Kleinbeuwil. W 1947 roku chochlik drukarski w Głosie Wielkopolskim kreuje Klein Boulwi. Urzędnicy powojenni stosowali między innymi wersję niemiecką Klein Bauwle lub polską Bieławy Małe. Również w niedawnym czasie, bo dekadę temu zainicjowano ciekawą wersję brzmiącą Mała Bielawa.

źródło: Archiwum własne
żródło: Głos Wielkopolski 1947 r.

źródło: Postęp nr. 190 z dnia 22.08.1911 
                                          
źródło: Archiwum własne
źródło: Archiwum własne


Po co genealogowi teczka sądowa? Kilka słów o aktach w sprawie karnej z art. 1 dekretu z dnia 28.6.1946.

Ponad rok temu przeglądając szukajwarchiwum.pl znalazłam teczkę osobową mojej praprababki pod następującą nazwą:

Akta w sprawie karnej Szymałka Meta przestępstwo z art. 1 dekretu z dnia 28.6.1946 [za odstępstwo od narodowości w czasie wojny, Rawicz]


W ostatnim tygodniu udało mi się nareszcie dotrzeć do Archiwum Państwowego w Lesznie, gdzie owa budząca moją ciekawość teczka się znajdowała, w końcu na tych 63 stronach coś musi się znajdować. W związku z tym, że teczkowe dane jeszcze się nie przedawniły to obejmuje je ochrona danych. Nikt jednak nie broni przedstawić w jaki sposób genealogowi może przydać się taka teczka.



Teczka taka zawiera w moim przypadku m.in.:
- prośbę o przyznanie obywatelstwa/rehabilitację (odręczna, zawierająca dane dot. rodziców, wyznania, miejsce zamieszkania i urodzenia)
- zaświadczenie tymczasowe (imiona rodziców, miejsce i data urodzenia)
- gazeta Głos Wielkopolski, w którym podano do publicznej wiadomości dane i fakt o wszczęciu procedury rehabilitacyjnej
- pieczęcie sołectwa
- orzeczenia lekarskie
- protokoły z przesłuchań świadków (najbliższa rodzina, sąsiedzi) - w moim przekonaniu bardzo dobre źródło wszelakiej wiedzy społecznej i rodzinnej
- protokół przesłuchania podejrzanego (podstawowe dane, ilość i wiek dzieci, wykształcenie, wyznanie, zawód, stan majątkowy, służba wojskowa, ordery i odznaczenia)
- protokół rozprawy głównej (rok zawarcia małżeństwa, stopień władania językiem polskim)
- sentencja wyroku w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej

Co ciekawe, wiele z druczków napisanych jest na porozcinanych niemieckich wnioskach z okresu wojny, niektóre z nich zawierają pełne dane osobowe Niemców z Breslau - widok takiego poniżenia boli bez względu na politykę. Podsumowując mam nadzieję, że któremuś genealogowi uda się tu znaleźć odpowiedzi na pytania, na które ja odpowiedzi nie znalazłam w owym czasie. 


Czy warto dotrzeć do takiej teczki? Zdecydowanie tak.
Czy teczka sądowa musi gryść? Zdecydowanie nie, dowiedziałam się z niej jak dzielną i mądrą kobietą była moja praprababka i ile nerwów musiało kosztować udowodnienie, że ma pełne prawo mieszkać w powojennej Polsce ze swoim mężem i dziećmi. 


Akt zgonu Jana Bluszcz z Solarni


Nr 4
Jejkowice, dnia 26 stycznia 1904

Przed niżej podpisanym urzędnikiem stanu cywilnego 
stawiła się dziś znana co do osoby wyrobniczka Marianna Bluszcz z domu Lamża
zamieszkała w Solarni - Szczerbice powiatu Rybnik
 i zgłosiła, że jej mąż, dożywotnik Jan Bluszcz, 
lat 70 i 5 miesięcy, wyznania katolickiego, zamieszkały w Solarni - Szczerbicach, 
urodzony w Solarni - Szczerbicach,
syn zmarłego chałupnika Antoniego i jego zmarłej żony Barbary z domu Pytlik
zmarł w Sułkowicach w swoim mieszkaniu dnia 26 stycznia 1904 roku 
o godzinie 1 nad ranem.

Lindenhof, czyli Kąty i nasza rodzinna historia

Źródło: Archiwum prywatne
Lindenhof, czyli lipowy dwór to dziś niewielka wioska Kąty w gminie Rawicz. Wcześniej w 1828 r. nazywały się Hoffmans-Vorwerk, w 1831  Scharf-Vorwerk, a od 1878 r. Lindenhoff.

"W okresie międzywojennym rozparcelowano m.in. folwarki we wsiach Kąty i Masłowo. Pierwszeństwo w nabywaniu ziemi miała służba folwarczna, inwalidzi wojenni, wdowy po żołnierzach oraz reemigranci. Mimo pomocy kredytowej ze strony państwa na zakup ziemi na budowę domów sytuacja ekonomiczna parcelantów była dosyć ciężka. Przy niskich cenach zboża i żywca trudno im było płacić przypadające raty pożyczkowe. Tak np. jeszcze w pierwszych latach okupacji hitlerowskiej do momentu wysiedlenia spłacali oni swoje dawne należności."


Źrodło: Dziennik Urzędowy Ministerstwa Byłej Dzielnicy Pruskiej Nr 48 z dnia 20 sierpnia 1920 r. str. 860


Figurka Matki Bożej przy ścieżce prowadzącej na Kąty
Źródło: Archiwum prywatne
Parcele na Kątach były atrakcyjne dla okolicznych mieszkańców. Jedną z nich zakupiła moja 3xpra babka Weronika z domu Zmuda wraz z drugim mężem Stanisławem Skrzypkiem. Zamieszkał tam również jej syn, mój 2xpradziadek Ludwik Szymałka z żoną Metą niedługo po powrocie z bitew I wojny światowej. Sytuacja ekonomiczna parcelantów łatwa nie była o czym świadczą późniejsze przestrogi Ludwika, żeby za żadne skarby kredytów żadnych nie brać.

Ilość domów nie była zbyt duża, te pojawiające się z biegiem lat należały przede wszystkim do dzieci i wnuków pierwotnych mieszkańców. Byli to Polacy (m.in. rodzina Niedźwiecki, Jankowiak, Wermo, Nowak, Krawczyk) oraz Niemców (m.in. rodzina Gress żyjąca na Kątach aż do zakończenia II wojny światowej czy Kohlmann). Wszyscy znali się doskonale. Na okres żniw na Kątach przybywało rąk do pracy, z początkiem wakacji na wsi zjawiały się spokrewnione dzieci, w tym moja babcia. Pierwsze dni mijały zwykle na 'aklimatyzacji', a 2xprababcia Meta zwykła wtedy nazywać dzieci Zimmerlinden (wrażliwe jak lipka pokojowa). Wakacje spędzane wspólnie na Kątach były rytuałem pokoleń, a starsi opiekowali się młodszymi. Pomimo panującego 'ordnungu' 2xpradziadka Ludwika nie brakowało dzieciom atrakcji, w tym wielu wypraw pieszych lub rowerem po piaszczystej ścieżce do Rawicza. W chwilach tęsknoty za domem  na drzewie przy drodze prowadzącej na Folwark obserwowało się przejeżdżające niedaleko pociągi na trasie Rawitsch-Breslau (później Rawicz-Wrocław). Codziennie wieczorem 2xpradziadek Ludwik przydzielał zadania dla wszystkich na dzień następny i tak dzieci pomagały w sprawunkach, opiekowaniu się zwierzętami, domowym wyrabianiu np. śmietany czy serów i oczywiście przy okazji zabawie. Takie opowieści przypominające rodem z Dzieci z Bullerbyn Astrid Lindgren zachowały się w pamięci dziś dorosłych już dzieci. Piękne wspomnienia dogoniła dorosła rzeczywistość, która przegoniła w dosłowne cztery strony świata. Część potomków znalazła swoje miejsce w Poznaniu, centrum Rawicza, w górnośląskim Knurowie, Rudzie Śląskiej i Zabrzu. W połowie 2013 roku udało mi się odwiedzić Rawicz i pójść wybrukowaną już drogą na Kąty, zobaczyć dom przodków stojący nieustannie na swoim miejscu oraz doświadczyć niesamowitej gościnności i atmosfery tamtego miejsca.


Źródło: Archiwum prywatne


Historia Matki Bożej z Kątów

Porcelanowe figurki Matki Bożej były powszechne w każdym katolickim domu. W rodzinnym domu na Kątach taka figurka stała na półeczce w rogu pokoju ozdobiona kwiatami i szczególną czcią kobiet. Ta przedstawiona na zdjęciu należała do mojej 3xprababki Weroniki, później przeszła do rąk mojej prababki Frydy z którą wyjechała na Górny Śląsk. Figurka stała na wysokim postumencie, który był niezmiernie nieustawny, na głośne życzenie babci figurka wysunęła się z rąk, spadła na podłogę rozbijając się idealnie oddzielając figurkę od wcześniej przytwierdzonego postumentu. Od tego czasu minęło wiele lat a skromniejsza już figurka wciąż uparcie strzeże wszystkich domowników.